Południowy luz, czyli jak się szkoli w Grecji, Hiszpanii i we Włoszech

  • 18/05/2017

Chcesz bezstresowo zdobyć prawko? Jedź do Grecji. We Włoszech nie ma obowiązkowego kursu. W Hiszpanii idziesz na egzamin z instruktorem. Na południu Europy dość łatwo zostać kierowcą, trudniej przestrzegać przepisów drogowych.

Gdyby kierowca ze Skandynawii zabłądził na zatłoczone skrzyżowanie w Atenach czy Neapolu, pewnie zapytałby: „kto tym ludziom dał prawo jazdy?”. Wymuszanie pierwszeństwa, ignorowanie znaków, parkowanie gdzie popadnie, klaksony – południowcy za kółkiem są pełni temperamentu, spontaniczni, pomysłowi.

– Obowiązuje tu prawo dżungli. Rządzą więksi, silniejsi, szybsi – opowiada Polka mieszkająca od dwunastu lat w Rzymie, autorka bloga „Dee oswaja Włochy”. – Przestrzeganie przepisów jest opcjonalne – pasy ruchu są umowne, parking można sobie wymyślić gdziekolwiek. Tak zwany podwójny rząd to codzienność. „Muszę tylko wejść na chwilę do baru”, „mam wizytę u fryzjera, zostawię auto tylko na dwie godziny” – takie tłumaczenia rzymianie mają we krwi, żółte światło to przecież zielone, ograniczenia prędkości są dla frajerów, a zakaz skrętu obowiązuje tylko wtedy, gdy zdaniem kierowcy ma on sens – ironizuje Dee.

Palą, ale pasów nie zapinają

Podkreśla, że Rzym jest miastem specyficznym. Bo największym we Włoszech, zawsze zatłoczonym, tłumnie odwiedzanym przez turystów. Kierowca musi mieć oczy dookoła głowy. Jeśli przetrwa w tak trudnych warunkach, poradzi sobie wszędzie.

– Włosi, zwłaszcza ci z dużych miast, to naprawdę świetni kierowcy. Prowadzą samochód pewnie, mają bardzo dobry refleks. Gdyby jeszcze przestrzegali przepisów, to Włochy byłyby bardzo bezpiecznym krajem z drogowego punktu widzenia – ocenia Dee.

Podkreśla, że drogowa charakterystyka dzieli Italię na „cywilizowaną”, bardziej zdyscyplinowaną północ i słynące z fantazji południe.

Taki sam gorący południowy klimat panuje w Grecji. Szczególnie w dużych miastach.

– Ludzie są wspaniali, przyjaźni, uśmiechnięci, a na ulicach panuje totalny chaos – śmieje się Marta Groborz, która przez dziesięć lat mieszkała nad Morzem Egejskim. – Ja jeździłam tylko tam, gdzie mniejszy ruch – przyznaje.

Mówi, że w Grecji wszyscy są wyluzowani. Nie tylko siedzący za kierownicą.

– Przechodnie też ignorują przepisy. Wchodzą na jezdnię, gdzie chcą – stwierdza Marta. – Policji na drogach nie widuje się często. Na wsiach młodzi chłopcy jeżdżą bez prawka. Uczą się na traktorach. Grecy zwykle jeżdżą z otwartymi oknami, bo prawie wszyscy palą... Przez te otwarte okna krzyczą. Często używają klaksonu. A bardzo rzadko zapinają pasy – komentuje z humorem polska Greczynka.

Dodaje, że na porządku dziennym jest również jazda po alkoholu.

– Pamiętam, jak kiedyś na weselu taksówkarz, który miał odwozić gości, siedział przy drinku i powtarzał: „zaraz jedziemy, tylko dopiję” – wspomina autorka bloga „Blondi w Grecji”.

Grecki egzamin na jedynce i dwójce

Żeby się uniezależnić od sympatycznych, acz nie zawsze odpowiedzialnych taksiarzy, Marta postanowiła zrobić prawo jazdy. Miała obawy, bo w Polsce cztery razy podchodziła do egzaminu. Bez powodzenia.

– Egzamin w Grecji okazał się bardzo łatwy – ocenia. – Zdawałam w  Larisie, na takim wydzielonym osiedlu domków jednorodzinnych. Wczesna godzina, mały ruch. Kilka podjazdów do skrzyżowań. Parkowanie, zawracanie, cofanie po łuku. To była jazda na jedynce i dwójce – stwierdza z humorem Marta.

Tłumaczy, że w Grecji nie ma ośrodków egzaminacyjnych, takich jak nasze WORD-y. Umiejętności kandydatów na kierowców weryfikują urzędnicy. Najpierw zapraszają na test składający się z trzydziestu pytań (baza zagadnień egzaminacyjnych liczy 900 pytań).

– Dopuszczalne są dwa błędy – precyzuje Marta. – Powtórka kosztuje 20 euro. Można do niej przystąpić już po tygodniu.

Jazdy egzaminacyjne odbywają się tylko w wybrane dni. Zwykle w miejscach o małym natężeniu ruchu. Na wyznaczoną godzinę przyjeżdżają grupki kursantów. Towarzyszą im instruktorzy.

– Byłam zdziwiona, że nauczyciel siedzi obok mnie, a dwaj egzaminatorzy z tyłu – opowiada „Blondi”. – Jeździ się 15–20 minut. Nie ma podnoszenia klapy, pytań o wymianę oleju, ciśnienie w oponach. Nie obleje się też z powodu niewłączenia świateł, bo tam nie obowiązuje przepis znany z Polski – wyjaśnia.

W Grecji nie tylko egzamin wydaje się łatwiejszy. Kurs na prawko także. Marta opowiada, że w szkole jazdy musiała zaliczyć zaledwie trzy lekcje teoretyczne. Później było dwadzieścia godzin za kółkiem. Koszty? Szkolenie i wszystkie opłaty urzędowe – 550 euro. Co ważne – można zdawać po angielsku lub w języku mniejszości zamieszkującej dany region, np. albańskim.

Czerwone i białe literki dla nowicjuszy

Dokument potwierdzający uprawnienia do kierowania pojazdami otrzymuje się miesiąc po egzaminie, lecz przez ten czas można już jeździć.

– Nowicjusz powinien mieć na aucie naklejkę N. Pierwszy rok. Ale niewielu Greków tego przestrzega. Wychodzą z założenia, że jeżdżąc z literką wystawiają się na strzał. Inni kierowcy będą się wyżywać, trąbić – komentuje Marta.

Jeździ już bez literki N, bo znów mieszka i pracuje w Polsce. Mówi, że nie wyobraża sobie życia bez samochodu.

– Jedną z najważniejszych rzeczy, które dała mi Grecja, jest właśnie prawo jazdy – przyznaje.

Początkujący kierowcy w większości krajów europejskich są pod szczególnym nadzorem. W Hiszpanii zamiast zielonego listka jest zielona etykieta z białą literą L. Na tylnej szybie, po stronie kierowcy. „Młody” przez dwanaście miesięcy musi bardzo pilnować ograniczeń prędkości. Podobnie jest we Włoszech, z tym że swoisty okres próbny trwa aż trzy lata. Za wykroczenia drogowe odbierana jest podwójna liczba punktów, a po autostradach można jeździć nie szybciej niż 100 km/h. Dodatkowym ograniczeniem jest moc silnika – maksymalnie 70 kW. W obu krajach o prawko może ubiegać się dopiero 18-latek. Na Półwyspie Apenińskim funkcjonuje jednak dokument B1, uprawniający do prowadzenia pojazdów o masie własnej do 400 kg. Takim małym czterokołowcem, np. do przewozu pizzy, może kierować 16-latek.

Różowa kartka bez kursu

Droga do prawa jazdy kategorii B wygląda inaczej niż w Polsce, choć wstępne procedury są podobne: złożenie wniosku w wydziale komunikacji, wizyta lekarska i uzyskanie zaświadczenia o stanie zdrowia.

– Nie ma obowiązku zapisywania się na kurs – podkreśla Dee. – Istnieje tylko obowiązek wyjeżdżenia sześciu godzin z instruktorem: dwie godziny po mieście, dwie w nocy, dwie poza miastem – tłumaczy Polka mieszkająca w Rzymie.

Zanim siądzie się za kółkiem, trzeba otrzymać urzędowe upoważnienie do przystąpienia do egzaminu teoretycznego. I zaliczyć test składający się z czterdziestu pytań (baza liczy ok. 7 tys. pytań). Zawsze tylko jedna odpowiedź jest poprawna. Jeśli nie zda się teorii za pierwszym razem, na powtórkę należy poczekać przynajmniej miesiąc.

– Dopiero wtedy otrzymuje się foglio rosa, która pozwala na rozpoczęcie faktycznej nauki jazdy – podkreśla Dee.

Z „różową kartką” można przygotowywać się do jazdy egzaminacyjnej. Pod okiem zawodowego instruktora, jak również doświadczonego kierowcy. Taka osoba nie może mieć więcej niż 65 lat. I prawko od co najmniej dziesięciu. Samochód do nauki musi być oznaczony literą P. Foglio rosa jest ważne pół roku. Kiedy egzamin? Najwcześniej po miesiącu. Ewentualna poprawka – po kolejnym miesiącu. Jazda egzaminacyjna trwa co najmniej 20 minut.

– Zdajemy tym autem, którym się uczyliśmy. Egzamin przeprowadza pracownik wydziału komunikacji (Motorizzazione Civile). Przyjeżdża on do szkoły jazdy, która złożyła wniosek w imieniu kursanta. Istnieje również możliwość rozpoczęcia jazdy w okolicach urzędu – tłumaczy Dee. – Procedury zmieniają się w zależności od prowincji, regionu – dodaje.

Co ważne, jeśli dwa razy zawali się egzamin praktyczny, konieczne jest powtórzenie lekcji jazdy i wizyty lekarskiej (kosztuje 50–100 euro). Trzeba też oczywiście odwiedzić kasę urzędu. Opłaty administracyjne wynoszą 58,40 euro, w tym po 16 euro za obie części egzaminu. A ile kosztują zajęcia w szkole jazdy?

– Od 500 do 700 euro, trzeba wziąć pod uwagę ceny „miastowe” i „prowincjonalne” – podkreśla Dee. – Szkoły zwykle oferują kompleksową obsługę, w imieniu klienta składają dokumenty, umawiają lekarza, pod ich adres urząd może przesłać prawo jazdy.

Instruktor (i inni kursanci) siedzą z tyłu

Podobne stawki obowiązują w Hiszpanii. Za kurs na kategorię B płaci się 500–600 euro.

– Ale uzyskanie prawa jazdy kosztuje około tysiąca euro – zastrzega Fernando z hiszpańsko-polskiej rodziny w Walencji. – Za egzaminy trzeba zapłacić około 200 euro. Do tego podatki, opłaty administracyjne – tłumaczy.

Szkoła jazdy oferuje kursantom podręczniki, zestawy testów. Udostępnia na egzamin odpowiednio wyposażony samochód.

– Instruktor obowiązkowo uczestniczy w jeździe egzaminacyjnej. Siada z tyłu – opisuje Fernando. – Czasami w aucie, podczas egzaminu, są też inni kursanci – dopowiada.

Hiszpański kandydat na kierowcę ćwiczy na placu manewrowym (nawet dziesięć godzin), ale wszystkie zadania egzaminacyjne – np. parkowanie tyłem, przodem, cofanie ze skrętem – wykonuje na ulicach miasta. Ile godzin trwa szkolenie praktyczne? Zależy od talentu i zapału do nauki.

Branżowe portale internetowe w Hiszpanii informują, że kurs obejmuje przynajmniej piętnaście godzin jazd. Szkolenie kończy się próbnym egzaminem. Inaczej niż we Włoszech, Niemczech czy Wielkiej Brytanii – nie można ćwiczyć pod nadzorem doświadczonego kierowcy, np. ojca czy starszego brata.

Egzamin z teorii składa się z czterdziestu pytań. Dopuszczalne są cztery błędy. W przepisach można znaleźć sporo ciekawostek. Na przykład jeśli kierowca nosi okulary, zawsze powinien mieć w aucie zapasową parę.

– Policja ma również prawo sprawdzić moje buty. I dać mi mandat na klapki – śmieje się Fernando.

Niedozwolone jest prowadzenie pojazdu w szpilkach, japonkach, kapciach. Kara za jazdę bez zapiętych pasów (dotyczy kierowcy i wszystkich pasażerów) wynosi 90 euro. Rozmowa przez telefon komórkowy może kosztować nawet 300 euro. Hiszpańska drogówka jest bardziej surowa niż służby we Włoszech i Grecji.

– U nas strażnicy miejscy często udają, że nie widzą wykroczeń. Nie reagują na łamanie przepisów, chyba że jest ono tak oczywiste i rzucające się w oczy, a przy tym wyraźnie komuś przeszkadza, że muszą coś z tym zrobić – komentuje Dee.

Tomasz Maciejewski